Archiwum kategorii: Komentarze

Autorskie komentarze redaktorów “Christianitas”.

Kaznowski: Rafała Tichego “apokalipsa” apokalipsy?

Zgadzam się z Rafałem Tichym, że trzeba myśleć radykalnie. W obu znaczeniach: „źródłowo” i „do końca”. Tak też spróbowałem podejść do pierwszej części napisanego przez niego eseju Apokalipsa historii – najpierw próbując wyciągnąć konsekwencje z jego założeń, a następnie konfrontując je ze źródłami. Zdaję sobie sprawę, że mój krótki komentarz, będący raczej próbą przygotowania gruntu pod dalszą dyskusję, nie oddaje sprawiedliwości obszernemu, ponad 60-stronicowemu, i erudycyjnemu tekstowi Tichego. Jestem jednak przekonany, że w obecnym kontekście – gdy debatuje się już niemal wyłącznie o impresjach wokół okładek i luźnych skojarzeniach do haseł, którymi taguje się publikacje – takie podejście może być przynajmniej konstruktywne.

Rzecz dotyczy apokalipsy, można więc zacząć od końca:

W drugiej części tej pracy będę chciał ukazać, jak tradycja apokaliptyczna i mesjańska jest dziś na nowo reinterpretowana i jak w ten sposób odsłania przed nami sens historii podczas tak długiej zwłoki w nadejściu Mesjasza.

Tak wieńczy swój esej Tichy. Wszyscy zatem, którzy od ukazania się pierwszego numeru „Czwórek” i słynnego już Manifestu neomesjanistycznego czekali trzy lata na wyjaśnienie, o co tu właściwie chodzi, mogą czuć się trochę zawiedzeni. Nie znaczy to jednak, że omawiany tekst nie wnosi nowych treści, choć są one tak ambiwalentne, jak sam jego tytuł. „Apokalipsę historii” można bowiem rozumieć etymologicznie, jako „od-krycie historii” – co sugerowałby początek eseju, w którym autor ukazuje novum biblijnego rozumienia czasu i historii na tle fatalizmu kołowrotu greckiej (pogańskiej) historiografii (nb. wątek ten można by potraktować „klasycznie”, po Snell’owsku, analogicznie do Entdeckung des Geistes, „odkrycia ducha” i szkoda, że Tichy nie rozwinął tego w tym kierunku, co pozwoliłoby uniknąć zbyt grubych uogólnień i anachronizmów w tej części); apokalipsę w kontekście historii można też rozumieć bardziej potocznie, jako „katastrofę historii”, co ukazane jest w końcowej części artykułu, zarówno w „małych apokalipsach” egzystencjalnych Máraiego i Eliadego, jak i w meta-katastrofie historii (i historiozofii), która rozegrała (rozgrywa) się w nowożytnych mesjanizmach, małpujących chrześcijańską eschatologię i w ten sposób prowadzących do kataklizmów XX w. Te dwa rozumienia tworzą niejako klamrę konstrukcyjną dla całego eseju, który wypełniony jest trzecim, jak się zdaje, fundamentalnym dla samego autora rozumieniem apokalipsy – będącym interpretacją Janowego Objawienia, eschatologii św. Pawła i mesjańskiego spełnienia starotestamentalnych proroctw w Ewangelii. Ten zaś sens jest bodaj najmniej jasny, ponieważ Tichy jako narrator wciela się w przynajmniej dwie, trudne do pogodzenia, jeśli w ogóle, role (zatarciu bowiem ulegają tu kategorie oceny i opisu) – zakładając jednocześnie okulary doksografa apokaliptyzmu i szaty gorącego zeloty apokaliptycznego radykalizmu. Powoduje to, że autor, usiłując zrekonstruować cienką – jego zdaniem – nić apokaliptyki w historii, wrzuca do jednego worka ewangeliczną bezkompromisowość mnichów i Ojców Pustyni, millenaryzm Joachima z Fiore, czy apokaliptyczne klątwy Reformacji. Nić ta, i tak tkana przez Tichego z włókien zarazem szlachetnych i sztucznie fabrykowanych, zrywa się ostatecznie w końcu w zaawansowanej nowożytności, gdy mesjanizm zostaje poddany sekularyzacji w różnych mitach ziemskiego postępu, co – za Bierdiajewem i Quinzio – redaktor „Czwórek” ocenia jako wkroczenie Antychrysta w historię. Ta wielowarstwowa wieloznaczność terminów i użycie heterogenicznych pojęć, doprowadza w rezultacie do paradoksów i antynomii (z czym zresztą musi liczyć się każdy, kto rozpoczyna podróże w czasie, by deszyfrować prorockie tajemnice). Jedna z najbardziej kłopotliwych sprzeczności dotyka podstawowego założenia narracji Apokalipsy historii, mianowicie tezy o Wielkim Zapomnieniu apokaliptyki w chrześcijaństwie, które miało zacząć się od czasów Konstantyna, gdy Kościół przestał być „eschatologiczny”, a zaczął być „katechoniczny”, tj. wedle słów św. Pawła z 2 Listu do Tesaloniczan, przyjął na siebie rolę podmiotu powstrzymującego nadejście Antychrysta, a w rezultacie zaczął opóźniać Paruzję, aby urządzić się w żywiołach tego (złego, bo – nieprzemienionego) świata. Jak dowodzi następnie Tichy, wyparcie wymiaru eschatologicznego, prowadzące przez kolejne stadia – od zamknięcia go w małych grupach radykałów, przez teologiczną interioryzację w pobożności indywidualnej, aż po immanentyzującą sekularyzację – wytworzyło w efekcie mesjanizmy à rebours, noszące wszelkie znamiona Antychrysta (komunizm, nazizm itp.). Okazuje się więc, iż rzekoma katechoniczność Kościoła doprowadziła do odwrotnego skutku i zamiast opóźnić apokalipsę, stała się jej katalizatorem. Jeśli jednak katechoniczność sprowadza się do eschatologiczności, to wyjściowe założenie Tichego staje się antynomiczne, a użyte słowa tracą swoje znaczenia. Co więcej – wszelka działalność mająca na celu powstrzymanie (!) tego procesu, czyli na przykład projekt odzyskania przez „Czwórki” właściwego wymiaru apokaliptyki w kulturze – będzie de facto działaniem katechonicznym, a zatem, w świetle pierwotnego założenia – złym. Gdy potraktuje się konstrukcję autora strukturalistycznie, okaże się ponadto, że mythos-narracja, którą snuje Tichy, nosi znamiona zdecydowanie bardziej greckie niż biblijne: oto historia apokaliptyki wpisuje się tu w schemat Hezjodowego mitu o Złotym Wieku i jego stopniowej degeneracji (pierwotni chrześcijanie jako z konieczności lepsi od chrześcijan późniejszych), a Kościół, z powodu proroctwa Apokalipsy, odgrywa ponownie tragiczny los Edypa, który im bardziej ucieka od przepowiedni, tym bardziej ją spełnia. Czy to z kolei nie staje się implicite dowodem na prawdziwość idei wiecznego powrotu? W ten sposób świadomość apokaliptyczna „przegrywałaby” strukturalnie ze świadomością mitologiczną, co nie tylko niweczyłoby cały zamysł autora, lecz również niszczyłoby możliwość apokaliptyki jako takiej (czyniąc z niej jedynie życzeniową iluzję: tym samym wracając do klasycznej, nietzscheańskiej krytyki chrześcijaństwa). Więcej »

Rowiński: Dziennikarz katolicki, współpracownik “winnicy pańskiej”

Wywiad ukazał się na portalu e-Sancti

Wspomnienie św. Franciszka Salezego, patrona dziennikarzy staje się okazją do rachunku sumienia – czy w mediach katolickich nie dochodzi do zeświecczenia? Na to i inne pytania odpowiedział w rozmowie z Marią Rachel Cimińską, Tomasz Rowiński, sekretarz redakcji kwartalnika „Fronda” i redaktor “Christianitas”.

Maria: Dziś media katolickie zmuszone są dorównywać kroku świeckiej konkurencji, co może powodować odsuwanie na margines spraw duchowych. Czy świeckość zaczyna dominować, a sensacja staje się pożywką ważniejszą niż sprawy duchowe?

Tomasz Rowiński: Żeby odpowiedzieć na to pytanie trzeba zapytać, jakie jest zadanie mediów katolickich. Czy mają one relacjonować tylko życie Kościoła, czy mają być normalnymi mediami informacyjnymi, ale z katolickim komentarzem, a może w ogóle nie powinny się różnić od innych mediów. Wtedy należałoby zapytać, czy w ogóle potrzebujemy mediów katolickich. Druga kwestia to pytanie czy faktycznie wszystkie media świeckie zajmują się jedynie szukaniem „sensacji”. Oczywiście warsztat dzisiejszego dziennikarza jest w dużej mierze nastawiony na „klikalność”, a zatem istnieje duże przywiązanie do tematu i jego chwytliwości, która nie zawsze potem znajduje odzwierciedlenie w treści artykułu. Sądzę, że jak zwykle konieczny jest umiar. Media dziś już nie potrafią żyć bez „klikalności” i bez tego, co jest niestety szumem medialnym i dość pustą rozrywką, ale z drugiej strony zawsze powinien istnieć w mediach ten element konkretu, który trafi do czytelnika z łatwością oceniającego wartościowość lub bezwartościowość danego przekazu. Jeszcze innym elementem pracy mediów, niezwykle ważnym, jest zwykła dziennikarska rzetelność. To wszystko stosuje się także do mediów katolickich, które powinny mówić swoim językiem, ale nie może to oznaczać rozmijania się z prawdą, ani zwykłego prestidigitatorstwa. Nie przeciwstawiałbym także sensacji duchowości. Czy przekazywanie prawdy i rzetelna praca dziennikarska nie ma wymiaru duchowego? Oczywiście mówienie własnym językiem oznacza także budowanie hierarchii tematów według pewnego zmysłu wynikającego z zanurzenia w Kościele i to zarówno w przestrzeni informacji jak i publicystyki, eseju, reportażu.
Maria: Należy zadać też dosyć problematyczne pytanie: jakich ludzi należy zatrudniać w mediach katolickich? Czy redakcje katolickie powinny być otwarte również na ludzi „wierzących-niepraktykujących”, albo innowierców i niewierzących specjalistów w dziedzinie dziennikarstwa?
Tomasz Rowiński: Media katolickie potrzebują zarówno wierzących, jak i profesjonalistów. Tu w zasadzie nie ma albo, albo. Oczywiście, że na różnych mniej eksponowanych medialnie stanowiskach mogą pracować osoby mniej zaangażowane religijnie, ale na przykład bliskie Kościołowi światopoglądowo. Wyważenie tych spraw zależy od konkretnego wydawcy. Trudno jednak by dziennikarz katolicki nie był przekonanym katolikiem, świadomym tematyki, w jakiej się musi poruszać.
Maria: Analizując współczesny rynek mediów katolickich, po śmierci papieża – Polaka, wiadomościom z Watykanu nie poświęca się już tak wiele uwagi. Nawet pielgrzymka Benedykta XVI w Niemczech nie cieszyła się zainteresowaniem (na niewielu portalach można było znaleźć wszystkie przemówienia papieża). Dlaczego zatrzymują się one najczęściej na wątku polskim, krótkim i pozdrowieniowym, w wystąpieniach papieża – Niemca?
Tomasz Rowiński: Faktycznie niemiecki papież jest mniej lubiany przez media w Polsce. Widzę tu dwa problemy. Pierwszy polega na naturalnej skłonności wszystkich Polaków do Jana Pawła II i dużego zainteresowania, jakie wywoływał także w mediach laickich, co przekłada się na obecne poczucie „nieobecności” Benedykta XVI. Drugi problem jest natury bardziej merytorycznej. Ponieważ nie wiążą Polaków z Benedyktem XVI takie więzy emocjonalne jak z Janem Pawłem II lepiej widzimy głębokość zainteresowania katolików w naszym kraju papieskim przekazem. Można odnieść wrażenie, że nie rozumiemy papieża, albo nie jesteśmy w ogóle zainteresowani tym co mówi. Faktycznie, to co słyszymy od papieża na temat choćby realizacji wartości nienegocjowalnych w polityce, czy konieczności odnowienia życia liturgicznego w duchu tradycji wydaje się Polakom egzotyczne. Mam wrażenie, że teraz bardziej niż za Jana Pawła II widzimy niedoskonałości naszej katolickości.
Maria: Czy osoba podejmująca pracę w mediach katolickich, oprócz wiedzy dziennikarskiej, powinna zdobyć wiedzę z zakresu teologii?
Tomasz Rowiński: Z pewnością. Nie koniecznie musi mieć studia teologiczne – raczej powinna mieć poczucie, że bez nieustannego kształcenia się sprawach wiary nie będzie rzetelnym i wiarygodnym pracownikiem nie tylko mediów, ale i „winnicy Pańskiej”.
Maria: Praca wciąga, pracodawca wymaga, czy katolickie media, jako zakład pracy, ze względu na swoją specyfikę zobowiązane są do wspomagania rozwoju duchowego swoich pracowników?
Tomasz Rowiński: Sądzę, że jest to kwestia, której nie powinniśmy rozstrzygać żadnym dekretem. Natomiast pożyteczne z pewnością byłoby pielęgnowanie różnych tradycji związanych z rokiem liturgicznym – czy to spotkanie opłatkowe z obecnością modlitwy i błogosławieństwem kapłana, może wspólne kolędowanie dla chętnych – analogiczne spotkania mogą mieć miejsce w okresie wielkanocnym. Co do dalszych elementów formacji, czy integracji religijnej powinno zostawić się to decyzji i potrzebom pracowników. Miejsce pracy może być przeniknięte religijnością tych, którzy się w nie angażują, ale równocześnie nie jest ono wspólnotą sensu stricte religijną.
Maria: W jaki sposób można chronić osoby z mediów katolickich przed zeświecczeniem, aby nie stali się idolami prezentującymi antywartości?
Tomasz Rowiński: W tym muszą pomagać przede wszystkim same sobie. To pytanie można by przeformułować. W jaki sposób uchronić chrześcijan przez zeświecczeniem, aby nie stali się antyświadectwem. Czy potrafimy odpowiedzieć sobie prosto na to pytanie? Bez pielęgnowania życia Kościoła w sobie, bez wsparcia ludzi modlitwy „nic z tego nie będzie” jak mawiał Sługa Boży ksiądz Bronisław Bozowski. W większości, my pracownicy mediów katolickich jesteśmy świeckimi, więc naturą naszego powołania jest bycie w świecie i opieranie się świeckości. Co pozostaje, modlitwa, liturgia, sakramenty, lektura i, moim zadaniem rzecz bardzo ważna, znaczna dawka nonkonformizmu, którego nie raz nam brakuje.
Maria: Bóg zapłać za rozmowę.

Barcikowski: Kościół nigdy nie skazywał samobójców automatycznie na piekło

Kwestia zbawienia samobójców obciążona jest taką ilością przekłamań, że wymaga uporządkowania podstawowych pojęć katechizmowych dotyczących zbawienia, grzechu, łaski. Pojęć, które często nie są wystarczająco znane nie tylko świeckim, ale także duszpasterzom i katechetom.

Swoją drogą warto przy tej okazji zauważyć, że podstawowym powodem tych przekłamań jest to, że katolicy stracili umiejętność mówienia o swojej wierze językiem Kościoła. Stracili, bo nikt ich tego języka nie nauczył. Ani na katechezie szkolnej, ani w duszpasterstwie akademickim, ani w zwykłych duszpasterstwie parafialnym. Ciągle zbyt dużo w Kościołach języka zapożyczonego z innych porządków: polityki, socjologii, psychologii. A przecież tej zasmucającej „mgły” w świadomości wielu katolików można by uniknąć. Wystarczy nie ukrywać przed nimi tego, co Kościół (a nie ten czy ów duszpasterz czy hierarcha) mówi o celu ludzkiego życia, jakim jest życie wieczne z Bogiem. Co mówi o głównej przeszkodzie osiągnięcia tego celu, jakim jest grzech. Co mówi o źródle odpuszczenia grzechu, jakim jest łaska Boga. Wreszcie co Kościół mówi bliżej o tej Łasce. Że jest konieczna. Że można ją utracić. Że póki życie trwa, można ją odzyskać. Że można to zrobić tylko w Kościele, który jest szafarzem sakramentów – które są tej Łaski źródłem.

Jeśli wierni nie będą wyposażeni w tę podstawową naukę będą bezbronni wobec intelektualnego kuglarstwa, jakim „świat” kusi od zawsze, a w naszych czasach szczególnie. Więcej »

Rowiński: O co chodzi w “Christianitas”?

Wypowiedź ukazała się jako część ankiety “Młode elity” w Miesięczniku Znak (667) 2011.

1. ZMIANA, czyli – co chcieliby Państwo zmienić w polskim życiu publicznym?

W najszerszym kontekście środowisko „Christianitas” interesuje poszukiwanie przestrzeni dla odbudowywania cywilizacji i ładu chrześcijańskiego – wedle słów papieża Piusa X z encykliki „Notre charge apostolique” poświęconej obronie aktualności zasad cywilizacji chrześcijańskiej: „Cywilizacji nie trzeba już odkrywać ani budować nowego społeczeństwa w obłokach. Ona była i jest – to cywilizacja chrześcijańska i katolickie społeczeństwo.” Do tej „odbudowy” nie może jednak dojść, jeśli zapomni się o zasadniczej uwadze T.S. Eliota – cywilizacja chrześcijańska istnieje tak długo, jak długo nie zostanie wprost zanegowana.

Może sformułowania takie brzmią górnolotnie, gdy głosi je niewielkie środowisko, ale do owego odbudowywania niejednokrotnie już w historii dochodziło w bardzo małej przestrzeni. Także i dziś odbywa się ono w gronie ludzi, którzy chcą słuchać tego, co mamy do powiedzenia i którzy w różnym zakresie myślą podobnie do nas. Głoszenie i praktykowanie tej odbudowy częściej ma jednak miejsce w grupie tych, którzy słuchać nie chcą lub udają, że nie słyszą. Czasem odbudowywanie musi brzmieć głosem krytyki, czasem głosem przekazywanego dziedzictwa katolickiego, trudnego do przyjęcia nawet przez wierzących.

Chodzi nie tylko o przestrzeń teologii czy teorii, ale i nawoływanie o widzialny i samodzielny kształt chrześcijaństwa w obszarze dyskursu publicznego, a także politycznego i państwowego. Zmiana nie jest zatem celem samym w sobie, bardziej interesuje nas oczyszczanie myśli i praktyki katolickiej z postchrześcijaństwa, czyli często niezauważalnego zastępowania treści wiary i tradycji Kościoła innymi wartościami, ideologiami, upodobaniami (otwartością, wolnością, demokracją, powszechnym braterstwem, dobrym samopoczuciem), mutującymi z prawdami wyznawanymi przez Kościół. Kulturę postchrześcijańską definiujemy jako rzeczywistość „ufundowaną  na racjonalności nieadekwatnej względem chrześcijańskiego logosu” (Piotr Kaznowski, Christianitas a kultura postchrześcijańska, „Christianitas”, nr 43, s. 11), ale zachowującej miano chrześcijańskiej. Więcej »

Kaznowski: Gdy prawo zabija

Artykuł ukazał się w piśmie IMAGO w numerze 4/2011

——————————————————————–

Kto chce zachować życie, straci je…

Ewangelia św. Mateusza

Na początku XIII w. Filip Kanclerz (zwany tak, ponieważ był pierwszym kanclerzem świeżo powstałej Sorbony) napisał dzieło zatytułowane Summa de bono. Summa o dobru była odpowiedzią chrześcijańskiego uczonego na odradzające się wówczas na południu Francji herezje manichejskie. Albigensi i katarzy, jaki ich poprzednicy, byli metafizycznymi dualistami: uważali, że istnieje dwóch bogów, z których jeden jest zasadą dobra, a drugi zła. Materia jako dzieło złego demiurga miała być skażona, a więc jej mnożenie uznawali za zło. Dlatego w sektach stosowano samobójcze głodówki, preferowano niepłodną seksualność (homoseksualizm, antykoncepcja), a niekiedy również aborcję (niektórzy lewicowi intelektualiści, szukając dziś zakorzeniania dla swoich poglądów w tradycji, odwołują się właśnie do średniowiecznych heretyków). Filip stworzył teorię, ukoronowaną niedługo potem przez św. Tomasza z Akwinu, wedle, której wszystko, co istnieje, a więc również materia, jest ontologicznie dobre i prawdziwe. Nie powstała chyba bardziej optymistyczna teoria metafizyczna niż ta zrodzona w łonie XIII-wiecznego Chrześcijaństwa.

Gdy dziś przyglądamy się debacie wokół prawa do życia nienarodzonych, metafizyczne spory średniowiecznych scholastyków wydają się jednak zupełnie oderwane: człowiek ukształtowany przez współczesną kulturę z trudem patrzy na świat w kategoriach ostatecznych zasad, albo, innymi słowy, zasady zostały zrelatywizowane do subiektywnego punktu widzenia człowieka i od niego jedynie mają pochodzić. Zanik zdolności abstrakcyjnego myślenia metafizycznego i, co za tym idzie, uznania obiektywnej rzeczywistości niezależnej od naszego punktu widzenia, paradoksalnie pociągnął za sobą również utratę zdrowego rozsądku, na którego płaszczyźnie spór moralnie byłby nie do utrzymania: jeśli dwie strony spierają się o status poczętego życia, a jedna z nich ma silne racje za tym, że jest to życie ludzkie, to sama już wątpliwość nakazywałaby działanie na korzyść życia. Tymczasem sprowadzenie debaty na poziom praw kształtowanych przez człowieka jako ostatecznej instancji powoduje, że spór toczyć może się w nieskończoność – prawa dziecka przeciwstawia się np. prawo kobiety. Mając świadomość tego impasu, spróbujmy podejść do problemu od strony refleksji nad głębszą naturą sprawiedliwości, co, miejmy nadzieję, pozwoli lepiej zrozumieć przyczyny i skutki zaistniałej sytuacji. Ponieważ zaś impas ten jest wynikiem nowożytnych przemian w naszej kulturze, aby dostrzec szerszy horyzont myślenia, sięgnijmy do dwóch autorów klasycznych, Platona i św. Pawła. Więcej »

Milcarek: Na marginesie 50-lecia Vaticanum II

50-lecie II Soboru Watykańskiego przyniosło Interesujący artykuł prałata Fernando Ocáriza - znanego głównie jako wikariusz generalny Opus Dei, ale w tym wypadku piszący jako teolog, zaangażowany w rozmowach z FSSPX. Bardzo trzeźwo przedstawił sprawę “duszpasterskości” ostatniego soboru. Wszystkich problemów to nie rozwiązuje, ale trochę nas wyprowadza z dialektyki w stylu “jak nie dogmatyczny, to wszystko wolno”.

Z problemem Soboru zmierzył się też prałat Brunero Gherardini i nie daje spokoju – tym, którzy uznaliby, że niedawno ks. Ocariz “wyjaśnił wszystko” na temat rangi Vaticanum II. Ks. Gherardini wierci dziurę w brzuchu zadowolonemu olbrzymowi “słusznej opinii” – słusznie, jak każdy teolog godny tej nazwy.

Nie musilismy też długo czekać na odpowiedź uczestnika tych samych rozmów z drugiej strony - Ks. Jean-Michel Gleize z FSSPX. Powiem najpierw, że zdecydowanie wolę sytuację, gdy FSSPX operuje analizą (niż antysoborową politgramotą) i argumentuje jakoś subtelniej – jak tym razem. A jednak wydaje mi się, że całe powodzenie swego wywodu ks. Gleize zawdzięcza wyjściowemu i wszechobecnemu uproszczeniu: uznał, że Benedyktowa “jedność podmiotu” jest czymś obok lub zamiast “jedności przedmiotu”. Ale może jest inaczej – i może gdy Kościół pojmuje siebie jako jeden podmiot w dziejach, obejmuje to także jedność przedmiotu, czyli jedność wiary – bo ona jest owym kręgosłupem jednego podmiotu? I w ten sposób zachowuje także zdolność adaptowania swych niezmiennych zasad do zmiennych sytuacji (mam wrażenie, że w ujęciu FSSPX Tradycja przypomina taki kartezjański twór, który się automatycznie sam “podstawia” w każdej sytuacji, jak w równaniu).

Ks. Gleize zdaje się wychodzić z założeń tomistycznych. Jednak to jest taki udawany “św. Tomasz”, w którym jest więcej racjonalizmu Kartezjusza (zupełnie jak w podręcznikach, z których zapewne uczył się w FSSPX): króluje wyobrażenie, że żeby coś było “niezmienne”, musi być czymś w rodzaju jednoznacznego i płaskiego iksa. O sztucznym przeciwstawieniu “jedności podmiotu” i “jedności przedmiotu” nawet i wstyd mówić, zwłaszcza w odniesieniu do Kościoła, w przypadku którego jedno i drugie jest niezrozdzielne. Rozumiem FSSPX, gdy domaga się bezpiecznych, komunikatywnych formuł katechizmowych – nie rozumiem, gdy domaga się, aby całe nauczanie Kościoła przybrało postać katechizmu kard. Gasparriego. Więcej »

Seks, rozsądek i cywilizacja. Z Gabriele Kuby rozmawia Tomasz Rowiński

Dziś wielu, także katolików, zastanawia się często, czy czystość przedmałżeńska ma w ogóle sens, czy nie jest ona czymś przestarzałym, pozostałością dawnych systemów społecznych?

To pytanie można sformułować inaczej, w bardziej uniwersalny sposób: czy czystość przedmałżeńska jest brzemieniem, czy znakiem rozpoznawczym chrześcijanina? Moim zdaniem jest to zdecydowanie znak rozpoznawczy, z którego nie można zrezygnować. Widzimy obecnie dwa równoległe prądy w kulturze europejskiej – upadek wiary i seksualizację społeczeństwa. Warto zapytać, czy istnieje związek między tymi zjawiskami? Według mnie, on istnieje i jest to związek przyczynowo-skutkowy. Dla chrześcijan, już od pierwszych lat Kościoła aż do dzisiaj, oczywistością było, że trzeba zachowywać czystość przedmałżeńską. Jest to podstawa dla późniejszego życia rodzinnego – Bóg powołuje nas do miłości, a miłość oznacza ofiarowanie się i oddawanie całego siebie. Jeśli mówię, że kogoś kocham, to znaczy, że deklaruję wyłączność tego wyboru na teraz i na zawsze. Wielkim pytaniem jest to, jak mogę urzeczywistnić taką wartość w moim życiu. Moim zdaniem, nikt nie pisał o tym więcej i głębiej niż papież Jan Paweł II.

Na czym polega niezmienna wartość antropologiczna czystości przedmałżeńskiej?

Antropologia Księgi Rodzaju mówi wyraźnie, że człowiek został stworzony jako mężczyzna i jako kobieta, i powierzone mu zostało zadanie rozmnażania się, czyli płodności. Drugim faktem antropologicznym jest to, że zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże – z tego wynika nasza nienaruszalna godność. Godność dzieci Bożych wyklucza możliwość, żebyśmy się do czegoś nawzajem używali. Na przykład do wykorzystania przez zaspokojenie pożądania seksualnego. Więcej »

Deus, in adiutorium. Modlimy się z mnichami

Nowy projekt “Christianitas”

Codziennie modlimy się Psalmami, tak jak polecił szukającym Boga święty Benedykt. Żeby było łatwiej iść w tej drodze, włączamy sobie w internecie transmisję audio modlitwy chórowej benedyktynów z Le Barroux (Francja): oficjum po łacinie, chorałowe, z Benedyktowym układem Psalmów i tradycyjnym kalendarzem:
http://www.barroux.org/fr/liturgie/ecoutez-nos-offices.html

Na naszej stronie będziemy przypominali o porach modlitwy (Pryma: 7,45 lub 8; Seksta: 12,15; NIESZPORY: 17,30; KOMPLETA: 19,45). Ponadto codzienny odcinek z Reguły…

Więcej na blogu Deus, in adiutorium

a także na facebooku

Były opat Fontgombault tłumaczy żywotność niektórych klasztorów

Założenie czterech nowych klasztorów w ciągu półwiecza to coś, co czyni klasztor Matki Bożej w Fontgombault* najpłodniejszym opactwem XX w. Jak to możliwe? Dom Antoine Forgeot, który był tam opatem od 1977 do 2011 roku, opowiada o wierności Opata, o wzroście opactwa, o dzisiejszej młodzieży i Opatrzności**.

Co stoi za widzialnym, ludzkim wzrastaniem jakiegoś klasztoru? Jak wytłumaczyłby Ojciec Opat zrodzenie trzech fundacji Fontgombault podczas swojej posługi opackiej?

Odpowiadając na te pytania można by powiedzieć jednym słowem: Opatrzność Boża. Wzrost opactwa dokonuje się przez wstępowanie postulantów, którzy po okresie swojego nowicjatu stają się dzięki profesji mnichami. Rozwój wspólnoty monastycznej jest działaniem Boga, które pracuje w duszach nad tym, aby mogły pojąć, wciąż głębiej, właściwy sens swojego powołania, oraz pomaga im zachować wierność względem niego. Płodność Fongombault, które od 1984 roku mogło założyć trzy fundacje, jest tajemnicą Boga. Fundacja nie jest dziełem opata; to dzieło Boga, który rozporządza osobami, rzeczami i wydarzeniami tak, aby doprowadzić je do celu, który Sam zamierzył. To wymaga od Opata i jego wspólnoty (ponieważ fundacja jest również dziełem całej wspólnoty zjednoczonej ze swoim opatem) dużego poddania się woli Bożej (abandon) oraz zaufania złożonego na Boże ręce, a jednocześnie wyrzeczenia się własnej woli oraz zbyt osobistych pomysłów; ponadto wymaga to wiele pracy, lecz jest to praca, która dokonuje się w szczególnej radości, podobnej do radości rodziny przygotowującej kołyskę dla mającego się narodzić dziecka.

Każda z trzech fundacji, przy których dane mi było pracować, ma swój własny charakter, wynikający z okoliczności czasu, miejsca i osób; wszystkie jednak żyją tym samym duchem – przekazanym nam przez pierwszego Opata, który przybył z Solesmes w 1948 roku, z owym wyraźnym akcentem Maryjnym, który, jak sądzę, stanowi “sekret” Fontgombault. Więcej »

Żochowska: Notatki z państwa wyznaniowego. Małżeństwa homoseksualistów

W zeszłym tygodniu przyjęto w Danii ustawę rządową o małżeństwach homoseksualnych. Rejestrowane związki homoseksualistów funkcjonują w tym kraju od 1989 roku, a błogosławieństwo par homoseksualistów istnieje w tutejszym kościele luterańskim od 1995 roku. Natomiast od teraz związki te mogą uzyskać nazwę i status małżeństw, także kościelnych, jeżeli zawarte zostaną w duńskim luterańskim kościele narodowym (państwowym). Ustawa nie przewiduje możliwości decyzji samego kościoła co do zasadności zawierania tego typu małżeństw. W tej chwili biskupom nakazano po prostu opracowanie stosownego rytuału.

Wśród duńskich chrześcijan trwa dyskusja na temat ustawy. Skrzydło „liberalne” kościoła narodowego popiera decyzję rządu i są biskupi gotowi udzielać ślubów homoseksualistom. Z kolei skrzydło „zachowawcze” oskarża ministra kościoła o zdradę. Wszyscy zaś zdają sobie sprawę z tego, że obecna sytuacja jest logiczną konsekwencją ustroju kościoła luterańskiego w Danii.

Głową kościoła oficjalnie jest król (obecnie królowa Małgorzata II), a jego imieniu nadzór nad kościołem sprawuje minister równouprawnienia i kościoła, który nie musi być członkiem kościoła państwowego. Władzę ustawodawczą w kościele wykonuje parlament. Więcej »

Milcarek: Joseph Ratzinger i prymat liturgii

Poniższy artykuł ukazał się jako przemowa do pierwszego tomu nowej serii książkowej poświęconej liturgii.

Joseph Ratzinger, Sakrament i misterium. Teologia liturgii.

Wydawcą tomu jest Dominikański Ośrodek Liturgiczny i Wydawnictwo AA.

Patronat serii Christianitas i Liturgia.pl.

Gdy ponad sześć lat temu Joseph Ratzinger został wybrany na papieża, mówiono, że zaczyna się pontyfikat papieża-teologa. Co ciekawe i zastanawiające, niemal nikt nie zauważał już bardzo dobrze widocznego nurtu liturgicznej refleksji Kardynała, który stał się Papieżem. A przecież nurt ten jest obecny w większości książek Ratzingera, od Święta wiary (z 1981 r., lecz zbierającego teksty z końca lat 70.) aż do Ducha liturgii z 2000 lub wystąpień na Dniach Liturgicznych w Fontgombault w 2001, nie licząc znaczących fragmentów jego głośnych wywiadów-rzek czy wstępów do poświęconych liturgii prac innych autorów.

W sposobie, w jaki Ratzinger ujmuje kwestie liturgii, jest coś co być może tłumaczy nam ten fakt, że długo nie dostrzegano tego nurtu jego refleksji jako pierwszorzędnie ważnego: nie jest to refleksja zawodowego liturgisty, lecz liturgiczna analiza profesjonalnego teologa – a taka myśl w naszym świecie szufladkowanym „specjalnościami” może umknąć zarówno teologom, jak i liturgistom.

Organiczna więź lex credendi i lex orandi jest w pismach Ratzingera obserwowana przede wszystkim z perspektywy tej pierwszej. Nawet więc gdy od pryncypiów „istoty liturgii” przechodzi Ratzinger w pobliże „rubryk”, zawsze jest to punkt widzenia teologa. „Nie interesowały mnie problemy szczegółowe nauki liturgicznej – tłumaczył w 2008 już jako Benedykt XVI, we wstępie do Theologie der Liturgie, pierwszego tomu swych dzieł zebranych – ale zawsze problem zakotwiczenia liturgii w fundamentalnym akcie naszej wiary i, co za tym idzie, miejsce liturgii w całej naszej ludzkiej egzystencji”.

Trzeba jednak pamiętać, że Ratzinger jest daleki od patrzenia na liturgię jako na płaski ekran do wyświetlania pojęć teologicznych. Jest to raczej wielowymiarowe miejsce życia, w którym prawdy teologiczne rodzą się i są objawiane. Doświadczenie liturgii znajduje się w sercu doświadczenia religijnego tego chrześcijanina. „Liturgia Kościoła była dla mnie, od samego dzieciństwa, punktem centralnym mojego życia” – to jeszcze jedno zdanie Papieża z cytowanego wstępu. Więcej »

Barcikowski: Prawdziwa nauka Kościoła o karze śmierci

Dossier ukazało się na stronie Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej

Nauka Kościoła Katolickiego dotycząca moralnej oceny (a więc zgodności z Prawem Bożym) jakiegoś obszaru działalności człowieka zawsze formułowana jest na dwu poziomach:

  1. Pierwszym jest ogólna zasada, obowiązująca bezwarunkowo, to znaczy zawsze, wszędzie, w każdych okolicznościach i w odniesieniu do każdego.
  2. Poziomem drugim są odniesienia tej ogólnej zasady do konkretnych, często bardzo skomplikowanych sytuacji, w jakich znajdować może się człowiek, często nieznanych w czasach, w których formułowana była ogólna zasada.

Nigdy te szczegółowe aplikacje nie mogą wykroczyć poza sens nadrzędnej, zawsze obowiązującej ogólnej zasady moralnej, bo prowadziło by to do relatywizmu. Z drugiej strony brak takich odniesień zamieniałby prawo moralne w krzywdzący człowieka fundamentalizm.

Dopuszczalność kary śmierci

W przypadku kwestii ochrony życia ludzkiego tą ogólną, od samego początku Kościoła obowiązującą zasadą jest, że piąte przykazanie Dekalogu zakazuje odbierania życia jedynie osobie niewinnej. Katechizm Kościoła Katolickiego podpisany w 1992 r. przez bł. Jana Pawła II ujmuje to tak: „Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej.” (KKK, nr 2258)

Mówiąc o absolutnej ochronie przysługującej „niewinnej” istocie ludzkiej nauczanie to od początku dopuszcza zatem sytuacje, w których odebranie życia innemu człowiekowi, jeśli nie ma innego sposobu ochrony dobra wspólnego nie jest złamaniem V przykazania. Teologia moralna używała i używa tu pojęcia „skutku przewidywanego ale nie chcianego”. Jeśli strzelamy do napastnika, który w sposób bezpośredni zagraża naszemu życiu to oczywiście przewidujemy, że możemy go zabić ale nie jest to naszym celem. Naszym celem jest ochrona naszego życia. Jeśli napastnik przeżyje a my ocalimy swoje życie nie będziemy nadal nastawać na życie napastnika. Właśnie bazując na tej doktrynie Kościół rozwinął swą naukę o prawie do skutecznej obrony siebie i dobra wspólnego oraz doktrynę o wojnie sprawiedliwej. Więcej »

Login