Felieton Pawła Milcarka z Tygodnika Niedziela 31/2010
Tym razem będzie niemal prywata: chcę zasygnalizować ukazanie się kolejnego
numeru „Christianitas”. Pismo to kiedyś, ponad dziesięć lat temu zakładałem, potem
długo byłem jego naczelnym – teraz zachowuję miejsce w jego redakcji, ale w
istocie jest ono tworzone przez zespół ludzi młodszych. Mogę więc sobie pozwolić
na patrzenie na to pismo już z pewnym dystansem, a wciąż ze znajomością kuchni
redakcyjnej.
Najnowsze wydanie „Christianitas” ukazuje się pod hasłem „Melancholia i łaska”.
Redakcja postanowiła się zmierzyć z kwestią trochę psychologiczną, a trochę
teologiczną. Można by powiedzieć, że wszystko to potrąca o „lenistwo w służbie
Bożej”, ów tajemniczy punkt na katechizmowej liście wad głównych. Tajemniczy,
bo przecież nie chodzi tu o zwykłe lenistwo, lecz o ukryty smutek lub podstępne
znużenie, które działa podstępniej niż inne wady.
W chrześcijańskiej tradycji pisano o tej wadzie nie raz – i bardzo mocno przed nią
ostrzegali mistrzowie życia duchowego, posługujący się określeniem „acedia”. „Ona
to jest niejako gorsza od wielu innych przywar – pisał np. średniowieczny teolog
Mistrz Mathias z Linköping – niszcząc wszelkie dobro i wszelkie cnoty i mężów
doskonałych prędko unicestwiając. Inne bowiem niegodziwości, które wydają się
gorsze, jak kradzież, zabójstwo czy cudzołóstwo, bardzo często stają się okazją
do pokuty. Kto bowiem wie, że popełnił coś takiego, często bardzo żałuje i bije się
piersi pokutując – ale kto cierpi na acedię, ten mniema, że żadnej wielkiej zbrodni nie
popełnił ani też nie pali się do czynienia żadnego dobra, lecz jest jak stojąca woda,
bardziej smrodliwa od błota. Tak to stroniąc od dobra staje się gorszy od każdego
grzesznika”.
Chyba zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę z siły tej wady, a za często wszystkie
nasze błędy przypisujemy wadom. W „Christianitas” można zapoznać się z sekretami
tej podstępnej choroby duszy. Wyczytamy tam również sugestię, że choroba ta
zniewala nie tylko jednostki – uderza czasem w całe pokolenia, jak epidemia szerzy
się w określonych środowiskach. Inaczej niż pozostałe, „grube” wady, ta melancholia-
acedia uderza zwykle w ludzi obytych z życiem duchowym, często już w nim
zaawansowanych. Czy nie jest ona przypadkiem „chorobą zawodową” ludzi na co
dzień identyfikowanych z Kościołem, służących Kościołowi, duchownych i świeckich?
I czy nie jest to epidemia atakująca dziś stare narody chrześcijańskie, jeszcze
wczoraj kwitnące żywotnością?
Nie ukrywam, że mam i ja swój udział w naświetlaniu tych kwestii na łamach
pisma, a dla czytelników „Niedzieli” z przyjemnością wyznam, że wydrukowany
w „Christianitas” obszerny tekst o „śnie Jonasza” powstał z pewnego felietonu, który
kilka miesięcy temu ukazał się tutaj.
Zresztą w „Christianitas” można czytać też o wielu innych sprawach, bo numer jest
gruby i pełen tematów. Widzę, że „Christianitas”, obecnie pod kierunkiem Piotra
Kaznowskiego, staje się wyraźnie kwartalnikiem idei, umie sobie pozwolić na
dogłębność analizy i intelektualną suwerenność. Zapewne nie jest to lekka lektura,
ale przynajmniej wiadomo, że nie traci się czasu.





