Jarosław Kaczyński nie jest mesjaszem polskiej polityki i tradycji, a ład, źródło i cele państwa liberalnego są inne niż państwa katolickiego: o politycznej, społecznej i duchowej kondycji Kościoła rzymskokatolickiego (nie tylko w Polsce) i wielu innych sprawach z Tomaszem Rowińskim, sekretarzem redakcji kwartalnika “Fronda”, redaktorem pisma “Christianitas” rozmawia Krzysztof Wołodźko.
Krzysztof Wołodźko: Raz po raz wokół Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wybucha medialna wrzawa. Zastanawiam się wtedy, czy mamy do czynienia z „jednym, świętym, powszechnym i apostolskim Kościołem”, czy może z Kościołem „łagiewnickim” albo „toruńskim”, „otwartym” albo „zamkniętym”, Kościołem „klerofaszystów” albo „katolewicy”. Jak to wygląda z Twojej perspektywy, redaktora „Christianitas”, sekretarza „Frondy”? A może jedno nie przeczy drugiemu?
Tomasz Rowiński: Wokół Kościoła dzieją się moim zdaniem niedobre rzeczy już od dłuższego czasu. Z jednej strony ewidentnie słabnie jego rola społeczna, co oznacza, że słabnie także wiara ludzi, ubywa tych, którzy widzą w Kościele swoje ocalenie. Mam wrażenie, że lekceważy się spadek powołań kapłańskich i zakonnych i próbuje się go uzasadnić choćby demografią. Nie jest to jednak wyjaśnienie wystarczające, wskazuje natomiast na sposoby przyklepywania problemów Kościoła. Mamy też znaczne, szczególnie wśród młodych, poparcie dla antyklerykałów. Może to oznaczać, że Kościół nie daje już młodym autorytetów i przekonującego języka, więc ci znajdują go sobie gdzie indziej. Niestety w świecie „pomieszania języków” odpływ od Kościoła nie musi się odbywać w pobliskie rejony, z których zawsze jeszcze człowieka można sprowadzić na powrót do Boga, ponieważ doszło jedynie do zeświecczenia wartości. Raczej odpływ ten będzie się charakteryzował wchodzeniem w opozycję, czasem pod płaszczem właśnie „otwartości”, „dialogu”, „laickości” sfery publicznej. Przeciwstawianie wartości, a nie ich harmonizowanie jest znakiem nowoczesności. Z drugiej strony Kościół jest rozgrywany medialnie i zachęcany do dwóch postaw – do zaakceptowania myślenia sekularnego w sferze publicznej i przyjęcia go jako swojego, co w praktyce oznaczałoby samoidentyfikację katolicyzmu w duchu irracjonalnego folkloru religijnego, a nie rozumności mogącej organizować lub chociaż wpływać na życie społeczno-polityczne. Inna pokusa zachęca do wejścia w postawę samowykluczenia, czyli cofnięcia swojego zaangażowania politycznego i skupienia się na sobie – odrzucenia świata. Obie pokusy są zgubne, ponieważ faktycznie stanowią przyzwolenie na absolutne rządy modusu sekularnego, który będzie wykluczał chrześcijan z życia. Pierwsza droga będzie osłabiać chrześcijaństwo w samych chrześcijanach, a druga oznacza ich wykluczenie za pomocą regulacji prawnych. Przykład Hiszpanii jest bardzo dobry – wobec nowych praw zarówno dotyczących życia ludzkiego jak i modelu rodziny trudno już być tam urzędnikiem, sędzią i równocześnie katolikiem. Inny przykład to Wielka Brytania, gdzie zniknęły katolickie ośrodki adopcyjne, ponieważ powstał nakaz prawny przekazywania dzieci homoseksualistom. Sądzę, że to jest zwykła droga jaką musi podążyć współczesna kultura liberalna. Dlatego konieczne jest zjednoczenie Kościoła wokół opinii katolickiej i to chociaż w sprawach najważniejszych. Uważam, że środowiska „otwarte” tego nie rozumieją. Nie wiem dlaczego. Może boją się otworzyć oczy? Może już zaakceptowały folklorystyczny charakter religii katolickiej? Może świadomie lub nie ulegają rozkoszom konformizmu wynikającym z możliwości dialogowania? Równocześnie jest dla mnie oczywiste, że odpowiedzią na tę sytuację nie może być agresja polityczna, czy publicystyczna, czy też pozorna obrona cywilizacji chrześcijańskiej w czym bryluje dziś parlamentarna prawica. Czytaj więcej »