V Rekolekcje liturgiczne “Mysterium fascinans” – pod patronatem “Christianitas”

ZAPISY NA STRONIE ORGANIZATORA

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Redaktorzy “Christianitas” na spotkaniu “Beyond Secular Faith”

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Marsz patriotów

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Seminarium o wolności religijnej

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Kaznowski: Po debacie „Idee Nowego Wieku”. Kościół, lewica, dialog – porzucone ideały?

Podczas piątej debaty prezydenckiej z cyklu „Idee Nowego Wieku”, gospodarz spotkania – magazyn warszawskiego KIKu „Kontakt” – zadał panelistom, w tym mnie, pytanie o „porzucone ideały” społeczne  Kościoła i lewicy. Na stronie Prezydenta RP można znaleźć krótką relację, poniżej spróbuję zreferować i rozwinąć stanowisko, które prezentowałem podczas dyskusji.

 

1. Gdy mówimy o spotkaniu lewicy i Kościoła, trzeba pamiętać, że nie mówimy o spotkaniu w dialogu dwóch równorzędnych podmiotów należących do tego samego porządku.  Niezależnie nawet od tego, czy podziela się wiarę Kościoła, w aspekcie genezy widać bowiem, że lewica stanowi zsekularyzowaną formę ideałów wyemancypowanych z przesłania Ewangelii, obecnych historycznie w cywilizacji chrześcijańskiej. Sekularyzacja nie jest wyłącznie wzięciem w nawias religijnego kontekstu przy zachowaniu treści ideału, lecz przez samo pozbawienie go odniesienia do pierwotnej całości, modyfikuje samą część, tj. ideał, który chce się zachować i uwydatnić. Dlatego Leon XIII w pierwszych słowach encykliki uważanej za początek nowoczesnego społecznego nauczania Kościoła, od których bierze ona swój tytuł, mówi:

Raz zbudzona żądza nowości (rerum novarum), która już od dawna wstrząsa społeczeństwami, musiała w końcu swą chęć zmian przenieść z dziedziny polityki na sąsiednie pole gospodarstwa społecznego.

Czytaj więcej »

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Średniowieczne stany Mszy Świętej [część II wykładu]





  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Rowiński: Katoliku nie idź drogą sekularyzacji. Glossa do eseju Javiera Martineza

Fronda 62

 

We „Frondzie” (nr 61) ukazał się bardzo ciekawy esej arcybiskupa Granady Francisco Javiera Martíneza Przezwyciężyć rozum sekularny. Ponieważ dla myśli hiszpańskiego hierarchy szczególnie ważnym przewodnikiem wydaje się być Alasdair MacIntyre[1], chciałbym przywołać na wstępie obszerny akapit zamykający najbardziej wpływowe z dzieł szkockiego filozofa, mianowicie Dziedzictwo cnoty. Oto on:

„Przeprowadzenie zbyt ścisłych paraleli pomiędzy dwoma różnymi okresami historycznymi zawsze jest niebezpieczne; do najbardziej mylących należą paralele pomiędzy naszą własną epoką w Europie i Ameryce Północnej a epoką historyczną, w której imperium rzymskie uległo przeobrażeniu w średniowieczny okres ciemnoty. Mimo to, pewne paralele dadzą się przeprowadzić. Punktem zwrotnym w tamtej historii był moment, w którym ludzie dobrej woli zarzucili próby ocalenia imperium rzymskiego i przestali utożsamiać już obyczajowość i wspólnotę moralną z zachowaniem tego imperium. Zamiast tego postawili sobie – nie zawsze zdając sobie w pełni z tego sprawę – zadanie budowy nowych form wspólnoty, w ramach której moralność i dobre obyczaje mogłyby przetrwać nadchodzące wieki barbarzyństwa i ciemnoty. Jeżeli moja interpretacja naszych warunków moralnych jest słuszna, należy także wyciągnąć wniosek, że my również już jakiś czas temu osiągnęliśmy taki sam punkt zwrotny. Na obecnym etapie sprawą zasadniczą jest budowa lokalnych form wspólnotowych, w których możliwe byłoby zachowanie dobrych obyczajów oraz życia intelektualnego i moralnego w obliczu epoki nowego barbarzyństwa, które już nadchodzi. A jeżeli tradycja cnót zdołała przetrwać okropność minionego okresu ciemnoty, nasze nadzieje nie są całkowicie bezpodstawne. Tym razem jednak barbarzyńcy nie gromadzą się u naszych granic; oni od pewnego już czasu sprawują nad nami władzę. Fakt, że nie uświadamiamy sobie tego, stanowi element naszej skomplikowanej sytuacji. Nie czekamy na Godota, lecz na kogoś innego, na kolejnego – bez wątpienia bardzo odmiennego – świętego Benedykta”.[2] Czytaj więcej »

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Czy katolicy w Polsce są już mniejszością?

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Paweł Milcarek: MSZA ŚW PRZEZ WIEKI – Konferencje u św. Klemensa cz.1






  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Rowiński: Inteligencja i przypadek, czyli czy Kościół poparł ewolucjonizm?

Kiedy czyta się katolickich opiniotwórczych autorów takich jak J.Życiński, M.Heller, czy A. Siemieniewski można odnieść wrażenie, że na linii: nauczanie Kościoła katolickiego – ewolucjonizm, czy może neodarwinizm, właściwie nie ma żadnych problemów. Oczywiście przykład polskich autorów jest tylko echem szerszego nurtu refleksji jaka zdominowała myślenie w Kościele katolickim ostatnich dziesięcioleci. Bardzo rzadko zdarza się by ktoś krytycznie podchodził do darwinizmu już u samych jego fundamentów. Raczej powszechnie wprowadza się specyficzny podział próbujący wyjaśniać, że koncepcja Darwina jest tylko i wyłącznie strukturą naukową i nie należy jej mieszać z religią. W praktyce intelektualnej oznacza to jednak, że ewolucja staje się ważniejsza od treści wiary, która mówi o stworzeniu świata i stworzeniu człowieka. Darwin nie bawił się w subtelną sofistykę, było dla niego oczywiste, że koncepcja jaką proponuje jest krytyczną odpowiedzią na te naukowe i religijne teorie, które zaprzeczały ewolucji i proponowały jakąś formę stworzenia lub nieewolucyjnego powstawiania gatunków. Niekoniecznie zresztą teorie te oparte były na opisie znanym z Pisma Świętego. Świadomość historycznych niuansów pozwala dostrzec w powszechności obowiązywania teistycznego ewolucjonizmu nie spokój dokonanej syntezy (filozoficznie wątpliwej), ale raczej ducha intelektualnej kapitulacji. Gdybyśmy dziś zapytali przeciętnego wierzącego, choć minimalnie zorientowanego w sprawie, jakie jest stanowisko Kościoła w na temat powstania życia i człowieka, najprawdopodobniej nie usłyszelibyśmy o podmiotowej roli Boga w kreacji, ale o sterowanej ewolucji lub o metaforyczności biblijnego opisu. Metaforyczności posuniętej tak daleko, że właściwie pozbawionej wszelkiego znaczenia poza tym jakie w nowożytności miały kolejne koncepcje „stanu natury”- pewnego mitologicznego lustra, które pokazuje „kim naprawdę jesteśmy”. Czytaj więcej »

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Rowiński: Kobieta w osobie Chrystusa?

Powracająca od czasu do czasu w mediach dyskusja na temat kapłaństwa urzędowego (ordo) kobiet ma swoje dwa nurty i właściwe im rytuały.

Pierwszy z nich koncentruje się na poszukiwaniu teologicznych argumentów mających przekonać, że dotychczasowa praktyka Kościoła jest nieprawomocna lub wymaga ciągłego dyskutowania na poziomie fundamentalnym zasad. Druga zaś, niemal zupełnie ignoruje tego typu argumentację i zajmuje się jedynie praktycznymi aspektami życia kościelnego, czy też szeroko rozumianymi strategiami „duszpasterskimi”. Chodzi w nich, ogólnie rzecz biorąc, o to by, nie oglądając się na władze kościelne, nikogo nie odstraszyć brakiem postępowej postawy. Szczególnie niewierzących.

Problem z Watykanem

Jakie cechy charakterystyczne znajdujemy w nurcie argumentacji, nazwijmy ją, „subtelnej”, czyli teologicznej? W numerze Miesięcznika Znak – zapowiadanym na marzec – ukaże się artykuł siostry Elizabeth Johnson C.S.J, znanej teolog feministycznej; już sam lid, zachęcający do lektury, dobrze oddaje ducha feministycznych argumentów. We fragmencie czytamy: „Kiedy w teorii przyznano kobiecie należną jej godność i uznano, że stanowi >obraz Boga<, kością niezgody stał się jej status jako >obrazu Chrystusa<. W dokumencie Inter insigniores (1976) odmówiono kobietom dostępu do posługi kapłańskiej, uzasadniając decyzję tym, że skoro Chrystus pod względem płci był mężczyzną, kobieta, która mężczyzną przecież nie jest, nie może występować podczas Eucharystii in persona Christi. Już wówczas wielu komentatorów zauważyło, że nauczanie to nie wywodzi się z tradycji, ale jest koncepcją nową, stworzoną przez Watykan (…). Bycie na obraz Chrystusa nie oznacza bycia kopią Jego płciowej tożsamości. Opiera się raczej na uczestnictwie w Jego życiu, w miłości Boga i miłości bliźniego oraz uczniowskim podążaniu śladem Jezusa” (Miesięcznik Znak, luty 2012, s. 80). Czytaj więcej »

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook

Kaznowski: Rafała Tichego “apokalipsa” apokalipsy?

Zgadzam się z Rafałem Tichym, że trzeba myśleć radykalnie. W obu znaczeniach: „źródłowo” i „do końca”. Tak też spróbowałem podejść do pierwszej części napisanego przez niego eseju „Apokalipsa historii” – najpierw próbując wyciągnąć konsekwencje z jego założeń, a następnie konfrontując je ze źródłami. Zdaję sobie sprawę, że mój krótki komentarz, będący raczej próbą przygotowania gruntu pod dalszą dyskusję, nie oddaje sprawiedliwości obszernemu, ponad 60-stronicowemu, i erudycyjnemu tekstowi Tichego. Jestem jednak przekonany, że w obecnym kontekście – gdy debatuje się już niemal wyłącznie o impresjach wokół okładek i luźnych skojarzeniach do haseł, którymi taguje się publikacje – takie podejście może być przynajmniej konstruktywne.

Rzecz dotyczy apokalipsy, można więc zacząć od końca:

“W drugiej części tej pracy będę chciał ukazać, jak tradycja apokaliptyczna i mesjańska jest dziś na nowo reinterpretowana i jak w ten sposób odsłania przed nami sens historii podczas tak długiej zwłoki w nadejściu Mesjasza”.

Tak wieńczy swój esej Tichy. Wszyscy zatem, którzy od ukazania się pierwszego numeru „Czwórek” i słynnego już Manifestu neomesjanistycznego czekali trzy lata na wyjaśnienie, o co tu właściwie chodzi, mogą czuć się trochę zawiedzeni. Nie znaczy to jednak, że omawiany tekst nie wnosi nowych treści, choć są one tak ambiwalentne, jak sam jego tytuł. „Apokalipsę historii” można bowiem rozumieć etymologicznie, jako „od-krycie historii” – co sugerowałby początek eseju, w którym autor ukazuje novum biblijnego rozumienia czasu i historii na tle fatalizmu kołowrotu greckiej (pogańskiej) historiografii (nb. wątek ten można by potraktować „klasycznie”, po Snell’owsku, analogicznie do Entdeckung des Geistes, „odkrycia ducha” i szkoda, że Tichy nie rozwinął tego w tym kierunku, co pozwoliłoby uniknąć zbyt grubych uogólnień i anachronizmów w tej części); apokalipsę w kontekście historii można też rozumieć bardziej potocznie, jako „katastrofę historii”, co ukazane jest w końcowej części artykułu, zarówno w „małych apokalipsach” egzystencjalnych Máraiego i Eliadego, jak i w meta-katastrofie historii (i historiozofii), która rozegrała (rozgrywa) się w nowożytnych mesjanizmach, małpujących chrześcijańską eschatologię i w ten sposób prowadzących do kataklizmów XX w. Te dwa rozumienia tworzą niejako klamrę konstrukcyjną dla całego eseju, który wypełniony jest trzecim, jak się zdaje, fundamentalnym dla samego autora rozumieniem apokalipsy – będącym interpretacją Janowego Objawienia, eschatologii św. Pawła i mesjańskiego spełnienia starotestamentalnych proroctw w Ewangelii. Ten zaś sens jest bodaj najmniej jasny, ponieważ Tichy jako narrator wciela się w przynajmniej dwie, trudne do pogodzenia, jeśli w ogóle, role (zatarciu bowiem ulegają tu kategorie oceny i opisu) – zakładając jednocześnie okulary doksografa apokaliptyzmu i szaty gorącego zeloty apokaliptycznego radykalizmu. Powoduje to, że autor, usiłując zrekonstruować cienką – jego zdaniem – nić apokaliptyki w historii, wrzuca do jednego worka ewangeliczną bezkompromisowość mnichów i Ojców Pustyni, millenaryzm Joachima z Fiore, czy apokaliptyczne klątwy Reformacji. Nić ta, i tak tkana przez Tichego z włókien zarazem szlachetnych i sztucznie fabrykowanych, zrywa się ostatecznie w końcu w zaawansowanej nowożytności, gdy mesjanizm zostaje poddany sekularyzacji w różnych mitach ziemskiego postępu, co – za Bierdiajewem i Quinzio – redaktor „Czwórek” ocenia jako wkroczenie Antychrysta w historię. Ta wielowarstwowa wieloznaczność terminów i użycie heterogenicznych pojęć, doprowadza w rezultacie do paradoksów i antynomii (z czym zresztą musi liczyć się każdy, kto rozpoczyna podróże w czasie, by deszyfrować prorockie tajemnice). Jedna z najbardziej kłopotliwych sprzeczności dotyka podstawowego założenia narracji „Apokalipsy historii”, mianowicie tezy o Wielkim Zapomnieniu apokaliptyki w chrześcijaństwie, które miało zacząć się od czasów Konstantyna, gdy Kościół przestał być „eschatologiczny”, a zaczął być „katechoniczny”, tj. wedle słów św. Pawła z 2 Listu do Tesaloniczan, przyjął na siebie rolę podmiotu powstrzymującego nadejście Antychrysta, a w rezultacie zaczął opóźniać Paruzję, aby urządzić się w żywiołach tego (złego, bo – nieprzemienionego) świata. Jak dowodzi następnie Tichy, wyparcie wymiaru eschatologicznego, prowadzące przez kolejne stadia – od zamknięcia go w małych grupach radykałów, przez teologiczną interioryzację w pobożności indywidualnej, aż po immanentyzującą sekularyzację – wytworzyło w efekcie mesjanizmy à rebours, noszące wszelkie znamiona Antychrysta (komunizm, nazizm itp.). Okazuje się więc, iż rzekoma katechoniczność Kościoła doprowadziła do odwrotnego skutku i zamiast opóźnić apokalipsę, stała się jej katalizatorem. Jeśli jednak katechoniczność sprowadza się do eschatologiczności, to wyjściowe założenie Tichego staje się antynomiczne, a użyte słowa tracą swoje znaczenia. Co więcej – wszelka działalność mająca na celu powstrzymanie (!) tego procesu, czyli na przykład projekt odzyskania przez „Czwórki” właściwego wymiaru apokaliptyki w kulturze – będzie de facto działaniem katechonicznym, a zatem, w świetle pierwotnego założenia – złym. Gdy potraktuje się konstrukcję autora strukturalistycznie, okaże się ponadto, że mythos-narracja, którą snuje Tichy, nosi znamiona zdecydowanie bardziej greckie niż biblijne: oto historia apokaliptyki wpisuje się tu w schemat Hezjodowego mitu o Złotym Wieku i jego stopniowej degeneracji (pierwotni chrześcijanie jako z konieczności lepsi od chrześcijan późniejszych), a Kościół, z powodu proroctwa Apokalipsy, odgrywa ponownie tragiczny los Edypa, który im bardziej ucieka od przepowiedni, tym bardziej ją spełnia. Czy to z kolei nie staje się implicite dowodem na prawdziwość idei wiecznego powrotu? W ten sposób świadomość apokaliptyczna „przegrywałaby” strukturalnie ze świadomością mitologiczną, co nie tylko niweczyłoby cały zamysł autora, lecz również niszczyłoby możliwość apokaliptyki jako takiej (czyniąc z niej jedynie życzeniową iluzję: tym samym wracając do klasycznej, nietzscheańskiej krytyki chrześcijaństwa). Czytaj więcej »

  • Print
  • email
  • Google Bookmarks
  • Diigo
  • Twitter
  • Facebook
Login